Memento Mori - Tabu śmierci
Do pomieszczenia obitego niebieskim suknem wkraczają milczący goście. Pod ścianami znajdują się stoliki, na których stoją kieliszki z szampanem. Każdy z zaproszonych sięga po kieliszek i nieśmiało sączy płyn. Pomiędzy zebranymi gośćmi bezszelestnie poruszają się mężczyźni w stalowoszarych garniturach. Spektakl rozpocznie się lada chwila. Zdjęcia rodzinne na przemian z nic nie znaczącymi symbolami religijnymi będą pojawiać się na ekranie. Potem trumna wjedzie do pieca kremacyjnego, a goście będą mogli tę przygniatającą chwilę spędzić w kawiarni. Konieczny rytuał wnet się dopełni. Przy dźwięku trąbki urna zostanie spuszczona w głąb ziemi. I wreszcie będzie można się rozejść.
Scena ta nie przedstawia bynajmniej zebrania nowomodnego towarzystwa, albo oryginalnego sposobu organizowania uroczystości rodzinnych, ale pogrzeb, który jest odpowiedni dla naszych czasów. Czasów, kiedy nie ma już miejsca na śmierć.
Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal
Śmierć znika pomału z naszego życia. Wygnana została do szpitali, hospicjów i przytułków. Została usunięta z widoku. Nie chcemy jej już widzieć; nie chcemy stanąć z nią twarzą w twarz. Prowadzi to nawet i tak daleko, że siłą utrzymujemy przy życiu tych, którzy stoją na progu śmierci. Podpinamy ich do maszyn, które latami mają ich chronić przed umieraniem. Dzięki temu można odnieść wrażenie, że jesteśmy nieśmiertelni, a problem śmierci zniknie lada moment z naszej rzeczywistości. Intensywnie się do tego przygotowujemy.
Niektórzy jednak nie chcą dłużej uczestniczyć w tej grze iluzji. Są to częstokroć ci, którzy już nadto dobrze doświadczyli, jak dużo cierpienia kryje się w życiu. Tęsknią za wyzwoleniem, które obiecują sobie odnaleźć w śmierci. We Francji, a ostatnio także i w Niemczech rozpętała się wielka debata na temat eutanazji. Nie chodzi tu jednak o przyzwolenie na uśmiercanie z łaski, ale o pozwolenie na pożegnanie się z życiem, które zostaje tak wielu odmówione. Wielu ludzi pragnie uniknąć tych wyrafinowanych tortur, formułując pod okiem notariusza prośby o nie ratowanie życia za wszelką cenę. Ostatnio prośby takie składają nawet dzieci nie potrafiące dotrzymać kroku wymogom współczesnej medycyny. W fachowym żargonie nazywa się ten proces ortotanazją.
Jeszcze przed stoma laty śmierć była obecna. Wzbudzała strach i niepokój z taką samą siłą jak dziś. Jednak dawniej śmierć należała do życia jako jego konieczna część i zakończenie. Starzy i chorzy umierali w swych łóżkach otoczeni przez bliskich. Żegnali się z życiem przy akompaniamencie modlitw księdza bądź też cichego łkania pozostających. Obecnie śmierć stała się wrogiem, przeciwko któremu trzeba z całych sił walczyć. Jeśli walka nie przynosi już żadnych efektów, należy ją usunąć z widoku tych, którzy wciąż się jeszcze zmagają.
Zmiana paradygmatu
„Jak długo obecna była śmierć, tak długo seks był tabu” stwierdza Phillipe Aries, francuski mediewista. Teraz jesteśmy jednak świadkami zmiany paradygmatu. To, co przed stoma laty pozostawało w sferze tabu, przenika na powierzchnię, a to, co tam od zawsze się znajdowało, znika w czeluści tego, co wstydliwe. Aries obarcza postęp technologiczny odpowiedzialnością za ten stan rzeczy. Medycyna jest w stanie dostarczyć ludziom ulgi. W taki sposób zdobywa władzę nad umierającym w jej królestwie daleko od dalej idącego życia. Jakość usług medycznych w pielęgnacji umierającego brał Aries za przyczynę przesunięcia śmierci ze sfery domowej do bez-człowieczej sfery publicznej. Śmierć stała się nagle czymś wstydliwym.
Jeszcze przed stoma laty seks był tym, co najintymniejsze. Teraz jest wszechobecny. W mediach, na ulicy, w rozmowie. Znana dewiza „sex sells” („seks sprzedaje”) sprawdza się już nie tylko w branży reklamowej. Stała się mottem życiowym. Dawniej promowana była powściągliwość w publicznym okazywaniu sobie uczuć. Dziś niepokoi niemal, gdy para miłosna nimi nie epatuje. Czy jednak postęp techniczny może faktycznie być przyczyną tej zmiany?
Na tropie szczęścia
Każda istota nieustannie szuka szczęścia. Zgodnie z nauką Wed dusza jest w swej istocie pełna wiedzy, szczęścia i jest wieczna. Każdy tęskni do tego pierwotnego stanu. Z tęsknoty za wiecznością bierze się także strach przed śmiercią. Ciało jednak przemija. Już Sokrates spostrzegł w Uczcie, że niemożliwym jest osiągnięcie stałości, gdy hołubi się temu, co przemija. Jak długo jednak myślimy, że jesteśmy tym ciałem, niemożliwym jest osiągnięcie na nowo tego utraconego stanu. Nie pozwala nam ono rozkoszować się wiecznością, roztacza cień nad nasza wiedzą poprzez swe niezliczone ułomności i zmusza nas do okupienia każdej chwili szczęścia cierpieniem. Doświadczone chwile szczęścia są przecież tak krótkie.
Ponieważ jednak związek z ciałem jest tak mocny, próbujemy z całych sił i wszystkimi środkami osiągnąć to, co na płaszczyźnie materialnej jest nieosiągalne. Wierzymy, że szczęście odnaleźć można w zmysłowej rozkoszy. Seks jest przy tym uznany za esencję ziemskiego szczęścia. Skutkom, które mogłyby rzucić cień na najwyższą rozkosz, przeciwdziałamy dzięki środkom antykoncepcyjnym i aborcji. Powściągliwość już dawno odeszła do lamusa.
Wróg rozkoszy
Co jednak ma wspólnego seks ze śmiercią, oprócz tego, że z tym pierwszym życie się zaczyna, a w drugim kończy? Seks jest kwintesencją rozkoszy, a śmierć jest najwyższym cierpieniem. Co przypomina o cierpieniu, przeszkadza w rozkoszy. Zatem śmierć musi być naturalnym wrogiem radości płynącej z seksu. Śmierć za to przypomina o końcu i wypełnia człowieka pytaniami o cel życia. Kto jednak chce bez końca zażywać rozkoszy, ten nie może pozwolić sobie na tego typu refleksje.
Seks napędza postęp. Jest siłą, która stoi za wieloma czynnościami. W namacalnejj i subtelnej formie. W wydaniu subtelnym ukazuje się jako tęsknota za sławą i powodzeniem. Na namacalnej płaszczyźnie gna w stronę zadowalania zmysłów. Jeśli zatem chcemy na tej drodze zrobić postęp, musimy zapomnieć o tym, że śmierć czeka na nas . Nasza cywilizacja odniosła już wielkie sukcesy na tej drodze i udaje jej się dzień w dzień i wciąż na nowo utwierdzać ludzi w przekonaniu, że nie umrą i będą mogli wiecznie zażywać rozkoszy. To jednak pusta obietnica. Ciało bowiem jest jedynie chwilowe, a prawdziwe szczęście jest wieczne. Dlaczego zatem szukać cielesnego szczęścia, gdy możliwym jest osiągnięcie nieskończonej radości?
Niekończąca się radość
Człowiek w swej istocie jest sługą. Podobnie jak ciepło przynależy do ognia, a wilgoć do wody, tak służba jest istotą ludzkiej natury. Służymy naszym rodzicom, żonie, mężowi, psu, samochodowi, krajowi a nawet korporacji. Nieustannie oddajemy posługi naszemu ciału: myjemy je, ubieramy, karmimy i wypróżniamy. W ten sposób kierujemy naszą służbę ku temu, co przemija. Dzięki temu otrzymujemy także zapłatę w formie chwilowego szczęścia.
Czyż może jednak coś wiecznego być owocem czegoś, co przemija? To równałoby się oczekiwaniu wysuszenia czegoś za pomocą wody lub ogrzania za pomocą lodu. Jeśli kierujemy się ku przemijalnemu obiektowi, efekt naszej służby także będzie nietrwały. Jaka jest zatem recepta na powodzenie? W tym świecie nie znajdziemy nic, co wypełniłoby naszą tęsknotę za stałością. Kiedy jednak skierujemy uwagę ku temu, co wieczne i stałe, otrzymamy zapłatę w tych cechach. Każdy wierzący człowiek wskaże w tym kontekście na Boga. Służba, którą Jemu, personifikacji stałości i wieczności, składamy, przyniesie odpowiednie owoce. W taki sposób powracamy do naszego naturalnego stanu, którego cechami są szczęście, wieczność i wiedza.
Wczytywanie ...